Na wiejskim podwórku - takim, jakie coraz rzadziej się widuje: gdzie trawę nie kosiarka, lecz koza strzygła, gdzie gdakanie, kwakanie, gruchanie i szczekanie mieszało się z nieco odleglejszym rżeniem i muczeniem, gdzie obejście było schludne na znak pracowitości i gościnności, gdzie nad drewnianym płotem kolorowy strach na wróble górował – mieszkał kogut Feliks - ptaszysko rzadkiej urody, ale i niezwykle zarozumiałe.
Feliksowi wystarczały jego różnobarwne pióra - szczególnie te w ogonie - oraz imponujący grzebień, aby uważać się za spokrewnionego z ptasią arystokracją .Obwołał się zatem władcą podwórkowego drobiu, któremu rozkazał nieustannie podziwiać swoje upierzenie. Kury, kaczki, gąska, kurczęta, a nawet stary indyk - cały drób uległ tej tyranii, mając w pamięci ból, jaki pozostaje po ostrzu koguciego dzioba.
Jednak podziw zastraszonego ptactwa nie nasycił nawet w połowie koguciej próżności. Teraz i gospodarze mieli go więcej, znacznie więcej, podziwiać! Nie znalazł sposobu, aby ludzi nakłonić do nieustannego zachwytu nad jego urodą, bo kiedy puszył się i stroszył przed nimi pióra, śmiali się tylko i kręcili głowami:
- Ależ nam się trafiło cudaczne kogucisko!
Nic jednakowoż nie mogło przeszkodzić kurowi w demonstrowaniu skali, natężenia i barwy koguciego głosu.
- Owszem, pianie niczego sobie, mój panie - mawiał najwybitniejszy ptasi muzykolog Bazylian Pióreczko.
Ludzie zdawali się sądzić podobnie, kiedy ich kogut zaczął pianiem budzić o świcie. Mawiali:
- Poczciwy jednak ten kogucina - do roboty budzi gospodarzy - i podsypywali mu ziarna. Kogut pęczniał z dumy. Widząc, że mu doskonale z gospodarzami poszło, postanowił piać teraz także i w południe.
Donośne KUUUKUUURYYYKUUU! oznajmiało zapracowanym chłopom, że czas posilić się nieco. Kogutowi, jak wiecie, inny cel przyświecał niż troska o dobro gospodarzy. Gdy zatem znów go ludzie pochwalili i ziarnem poczęstowali, rozochocił się na tyle, że piał także i wieczorem. To także nie wzbudziło podejrzeń poczciwych rolników - wdzięczni byli, że kolacji i wypoczynku kogut im przypomina. Kiedy jednak nieszczęsny kur zaczął i w nocy możliwości wokalne prezentować, ludzie całkowicie zmienili o nim zdanie:
- Utrapienie z tym ptaszyskiem! Po nocach spać nie daje!
Kogut tak był w siebie zapatrzony i zasłuchany, że nawet nie zauważył wielkiego gniewu gospodarzy. Piał już teraz prawie bez przerwy, co sił. Aż ochrypł. To było nie tylko dokuczliwe ale, ale i przeraźliwe. Toteż gospodarz pojawił się niebawem w kurniku pełen złych zamiarów. Dopiero wtedy ocknął się Feliks i rzucił się do ucieczki: między nogami rozsierdzonego gospodarza, przez uchylone drzwi kurnika, przez płot, przez sad i pole - prosto na drogę wiodącą do sąsiedniej wsi. Tam go bezpańskie psy dopadły. Najpiękniejsze pióra stracił, ale wielkie szczęście miał, że życie ocalił, bo niewiele brakowało, by się z nim pożegnał.
Od tego czasu włóczył się kogut - brudny, zmarznięty i głodny. Nie raz i nie dwa psy poturbowały Feliksa tak, że niewiele mu piór pozostało na grzbiecie, a na ich miejscu pojawiły się blizny. Głód ogromnie mu nieraz doskwierał. Najgorsza jednak była samotność.
Już dawno przestał się wywyższać - pragnął tylko żeby nie patrzono na niego ze wstrętem, nie omijano go z daleka. Tracił już nadzieję, gdy zawędrował przed drzwi bardzo biednej chaty. Przed domem, na ławie skleconej z dwóch pieńków i deski, siedziało dwoje ubogich staruszków. Choć było widać, że źle im się wiedzie, ich spojrzenia przepełnione były miodem miłości. Jedna kropla dotarła także i do koguciego serca, bo staruszkowie nikomu nie żałowali niczego, czym mogli się podzielić. Swoimi mądrymi oczyma widzieli całą historię kogutka. Niczemu się nie dziwili, niczego nie potępiali. Rozumieli, że teraz ptak potrzebuje przyjaciół. Poczęstowali go okruszkami, które wymietli spod stołu, napoili wodą ze studni i zaprosili do chaty. Odtąd kogut był bardzo szczęśliwy. Chciało mu się piać ze szczęścia, ale piał tylko wtedy, kiedy wyczuwał, że sprawi tym radość swoim ukochanym gospodarzom.
